Wycieczka  21-24.06.2021

Sandomierz, Puławy, Nałęczów, Lublin, Kazimierz Dolny.

Ale się działo na tej wycieczce. Startowaliśmy o 6 rano, więc trzeba było wstać dojść wcześniej. Najważniejsze, że nikt nie zaspał, więc wyruszyliśmy zgodnie z planem. Było nas 38 sztuk w tym tylko pięciu chłopców, reszta to dziewczęta. Przez pierwszą godzinę lub troszeczkę więcej w autobusie było cichutko – większość próbowała odespać poranną pobudkę. Dopiero po pewnym czasie słychać było cichutkie szmery, które z czasem przechodziły w głośniejsze chichoty.  Wykorzystując sytuację przewodnik objaśnił plan wycieczki. Po czterech godzinach jazdy byliśmy w Sandomierzu. Trudno, ojca Mateusza nie zobaczyliśmy, ale za to zwiedziliśmy inne sandomierskie ciekawostki.  Skwar dochodził do 30 stopni, ale daliśmy radę: zaliczyliśmy rynek, zamek, kościół i wąwóz. W wolnych chwilach okupowanie były bary nie tylko z zimnymi napojami.  Nikogo nie odstraszał chłodnik, który kosztował 18 złotych, 11 pierogów – 25 złotych, piwo 12. Cydr troszeczkę tańszy a kawa w podobnej cenie. Ale cóż tam, żyje się raz, więc można poszaleć.  Dopiero w Poniatowej naszej głównej noclegowej kwaterze nakarmili nas do syta. Z zadowoleniem pochwalę organizatorów, bo nie musieliśmy przenosić bagaży. Z każdej wycieczki powracaliśmy do hotelu w Poniatowej. A pokoje były klimatyzowane z pełnym węzłem sanitarnym i telewizją - po prostu luksus. Hotel położony był nad jeziorkiem, więc niektórzy odważniejsi umoczyli cztery litery. A miasteczko Poniatowa to całkiem inna mieścina. Schludnie, czysto, dużo zieleni i przeważnie trzy piętrowe budynki. Na śniadanie był szwedzki stół, więc nikt nie wyszedł głodny. Oczywiście stoły pozostały, ale wszystko, co na nim było powędrowało do brzuszka. Najedzeni ze smaczną kulinarną nutą w ustach i humorami pojechaliśmy zwiedzać Puławy i Nałęczów (jedna osoba pojechała do Namysłowa).  Zaliczyliśmy zamki, pałace a w Nałęczowie mieliśmy wpadkę. W planie było między innymi zwiedzanie domu Żeromskiego, ale był zamknięty. A dom był na wzgórzu i skwar z nieba się lał, więc i z nas ociekło potem. Mogę stwierdzić, że dziewczynki i chłopcy to bohaterowie wszyscy obrócili to w dobry żart. Przewodnik starał się zachować twarz opowiadając różne anegdoty. Dodam, że przewodnik to był żywa encyklopedia historyczna, dużo ciekawostek się dowiedzieliśmy. Wieczorem po obiadokolacji w przyhotelowym drink-barze zostały zainicjowane wieczorne śpiewy. Po dwóch godzinach wyczerpał nam się repertuar, bo nie można było powtarzać zaśpiewanych piosenek, więc przeszliśmy na piosenki przedszkolne. No, kto pamięta, kiedy ostatni raz śpiewał „Dostał Jacek elementarz„ Doskonała była zabawa. Następnego dnia Lublin zaczęliśmy zwiedzać od Majdanka. Na zamku w Lublinie ciekawa była komnata szeptana. W jednym kącie ktoś szeptał a na przeciwległym rogu doskonale było słychać, co ktoś szepcze. Tego dnia była ostatnia obiadokolacja, więc kucharz dostał hucznie podziękowanie za kunszt kulinarny. Do biesiady wieczornej dołączyła grupa tubylców wzmacniając nasz chór. Śpiewy trwały do północy. Trzeba było być, aby stwierdzić, że studenci UTW z Pszczyny potrafią się bawić. Spakowane walizki mówiły, że to czwartek, ostatni dzień wycieczki. W drodze powrotnej zaliczyliśmy jeszcze Kazimierz Dolny. I gdy byliśmy w połowie drogi do domu to złapało nas urwanie chmury połączone z gradobiciem. Tego nikt nie doświadczył, a że wszystko dobrze się skończyło to była niezaplanowana przygoda. Umęczeni, ale uszczęśliwieni i w dobrych humorach powróciliśmy do domu. Wycieczka była bardzo ciekawa i dziękujemy organizatorom za zorganizowanie tak pięknych dni.

Pozdrowienie dla wszystkich dziewczynek i chłopców przesyła Krzysiek. Jest nadzieja, że niedługo się spotkamy.

                                                                                                 Krzysztof Latała

PS. W Galerii na stronie www.utw.pszczyna.pl jest 90 zdjęć z tej wycieczki.

Nie ma zdjęć z Namysłowa, ale pan który samotnie tam pojechał nie sfotografował nic