Drodzy Państwo!  

Końcowy przystanek w naszej podróży filozoficznej w tym roku akademickim? Nie, raczej przesiadka... Trzeba tylko przejść schodami na inny peron. Przesiąść się z pociągu do pociągu. A schody...

Wiesław Myśliwski   "Widnokrąg"

Te schody zaczynały się tuż za naszym domem i prawie w linii prostej, z niewielkimi odchyleniami w jedną, w drugą stronę, poprzerywane brukowanymi podestami co kilkanaście stopni, pięły się na sam szczyt wzgórza, na którym leżało miasto. Lub odwrotnie, jako że wszystko zależy od naszego miejsca w przestrzeni, przestrzeń bowiem określa nasze odczucia i wyobrażenia, a w konsekwencji nasz los, zaczynały się na szczycie tego wzgórza, na którym leżało miasto, i spadały kaskadą po najbardziej urwistej jego stronie aż do miejsca, gdzie brała swój początek ta rozległa równina. Tu właśnie stał nasz dom, od tyłu po wysokość sutereny wkopany w łagodniejące zbocze, choć można też powiedzieć, że był to jego przód, a myśmy mieszkali od tyłu, od tej rozległej równiny.

Prócz schodów prowadziły do miasta też inne drogi, łatwiejsze. Wiły się po wzgórzu licznymi załomami, łagodząc jego stromość, choć i wydłużając znacznie odległość. Można też było iść ulicą Browarną, prowadzącą, jak sama nazwa wskazuje, od istniejącego tu niegdyś browaru, która okrążała całkiem wzgórze, wpadając do miasta nieomal z przeciwnej jego strony. Schodami było jednak najbliżej. Schodami było jakby na sąsiednią ulicę, tyle że położoną na najwyższym piętrze. A co najważniejsze, chodząc schodami, miało się poczucie, że się mieszka w mieście, a nie na jakimś tam podgórzu, na które ludzie z miasta mówili z wyższością Rybitwy. A nawet że się mieszka w najbardziej rdzennej części miasta, bo miało się tuż nad głową, w odległości upoważniającej do przyznania sobie takiego właśnie najbliższego sąsiedztwa, Collegium Gostomianum, Dom Długosza, zaraz za nim Katedrę, pałac biskupi, do tego wychodziło się wprost na Rynek.

Toteż chociaż narzekano na te schody, wszyscy chodzili do miasta schodami. Zresztą gdy się w dół schodziło, a tak lekko, bezboleśnie, jakby nogi same schodziły, uwalniając resztę ciała od jakiegokolwiek wysiłku, a z dołu akurat ludzie gramolili się w męce pod górę, było widać najlepiej, jaką cenę płacą za to, żeby mieszkać w mieście, a nie na jakichś tam Rybitwach. Ciała uwieszone kurczowo na trzeszczącej drewnianej poręczy, pokrzywione twarze, a zamiast ust rozwarte dziury, którymi łapali powietrze. Wydawało się, że dźwigają te schody u swoich nóg, jakby za jakąś karę. Aż nieprzyjemnie było kogoś takiego spotkać na swojej drodze. A najgorzej starzy, każdego, kto schodził z góry, omalże zabijali nienawiścią, jakby tylko w jedną stronę prowadziła droga po tych schodach, jak oni szli, pod górę. A z góry była gwałtem na przeznaczeniu.

Źródło: Wiesław Myśliwski, Widnokrąg, Kraków 2019, s. 28–30.

Zapraszam najserdeczniej w najbliższy poniedziałek,

1 czerwca, o 16:15. 

                                Małgorzata Łukomska-Jamrozik

 

------------------------------------ FILOZOFIA W PONIEDZIAŁEK -----------------------------------