Sprawozdanie z opolskiej wycieczki.
Była sprzyjająca pogoda, więc wycieczka do Opola zapowiadała się znakomicie. Na miejsce dojechaliśmy w komfortowym autobusie, była klimatyzacja. Zwiedzaliśmy miasto w krótkich rękawach, tak było cieplutko. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od muzeum muzyki. Przewodnikiem były słuchawki i wiele polskiej muzyki, którą mogliśmy sobie przestawiać na pilocie równocześnie z wizją w telewizorze. Dodam, że do wybrania były polskie gwiazdy muzyczne, więc nasze klimaty. Było wszystkim przyjemnie, bo zaraz uwolniły się endorfiny - hormony szczęścia. W rytmie słuchającej muzyki większość podskakiwała, podrygiwała jak małolaty. Chi, chi wspaniale to wyglądało. Zrobiła się kolejka w wirtualnej przebieraln gdzie można było wirtualnie zmienić swoje ubranie. Przodowały w tym kobiety i chyba żałowały, że po wyjściu pozostały w tym samym, w czym przyszły. Następnie było pływanie stateczkiem po Odrze. I gdyby nie kapitan statku, który świetnie opowiadał nie tylko o historii to nie było by nic ciekawego. Rzeka szeroka na 16-18 metrów, brzegi zarośnięte trawą nie wzbudzało zachwytu. Jednak, gdy kapitan zaczął bajdurzyć to zrobiło się wesoło i ciekawie. Wesoło, bo dorzucał dużo dowcipów związanych z rzeką. Okazało się, że stateczek, którym płynęliśmy przypłynął z Holandii. Nie przywieziony tylko przypłynął kanałami, rzekami z Holandii. W ten ciekawy sposób dużo szczegółów na temat rzeki się dowiedzieliśmy, horyzonty się poszerzyły Ale największą atrakcją był „Londyńczyk” – czerwony piętrowy autobus wyprodukowany w latach 70. Krążyliśmy nim po Opolu, a przewodnikiem był ten sam przystojny opowiadacz, co na statku. Z humorem opowiadał o ciekawostkach Opola, ale tych informacji było dużo, że wiele nie pozostało w pamięci. Zauważyłem, że na tubylcach autobus też robił wrażenie. Często go fotografowali i niekiedy widziałem zdumione i zarazem zachwycone miny mieszkańców. A my, aby podkreślić urok autobusu i naszą radość do nich machaliśmy. Czyli atmosfera wycieczkowa była znakomita. Jeden do drugiego nawet bez powodu starał się uśmiechać. I to jest najprzyjemniejsze w tych wyjazdach. Nie był w programie zarezerwowany obiad, więc każdy mógł sobie wybrać, co mu się podobało. Ale większym wyzwaniem było znaleźć odpowiednią restaurację i miejsce w niej, bo po prostu były pełne ludzi. Od siebie dodam z sarkazmem, gdzie jest ta bieda? Przed jedną z jadłodajni nawet stworzyła się kolejka. Na rynku w Opolu dominowały czeskie piwa i dodam, że były tańsze od naszych tradycyjnych. Cena nie zwalała z nóg, za kufel czeskiego trzeba było wydać 8-10 złotych. Po dwóch godzinach, każdy z wypełnionym brzuchem i lżejszym portfelem stawił się w umówionym miejscu. Przewodnik, który towarzyszył nam od początku miał niezły orzech do zgryzienia. Nie potrafił stwierdzić, czyli przeliczyć czy wszyscy stawili się w umówionym miejscu. Z odsieczą przyszła Ewa - nasza Pani Prezes, organizując bramę. Brawo jej za inicjatywę. Było nas 51, czyli wszyscy, więc przewodnik z czystym sumieniem mógł poprowadzić nas do autobusu, bo to był już czas powrotu. Gdy wracaliśmy do domu w autobusie zawrzało jak w ulu, lub na przerwie szkolnej, buzie się nie zamykały. Nie wiem czy ten szum był powodowany radością z udanego dnia czy żalem, że już powracamy. W tym szumie nie można było cokolwiek zrozumieć. Po prostu wycieczka była udana, ale życie to życie ma swoje prawa, trzeba powracać do swoich domów, mieszkań i ogrodów.
Jeszcze nie raz się spotkamy i będzie ponownie wesoło i radośnie a przede wszystkim ciekawie.
Pozdrawiam wszystkie uśmiechnięte buzie
. Krzysiek.
--------------------------------- ♬ ♬ ♬ ♬ ♬ ♬ ♬ ♬ ------------------------------------
